środa, 26 grudnia 2012

Ślad dłoni na murze

Atmosfera w mieście była napięta. Do Bydgoszczy wkroczyły szkopy. O nadchodzącej wojnie mówiło się już od dawna, ale gdy nadeszła to jak grom z jasnego nieba – a właściwie jak gromy widniejące na znaczkach Schutzstaffel. Ludzie chowali się w swoich domach, starając się jak najmniej wychodzić na ulicę byle tylko nie spotkać niemieckich żołnierzy. Ale nawet we własnym mieszkaniu nie można było czuć się bezpiecznie – Niemcy do nich bezpardonowo wkraczali, plądrowali je, a mężczyzn zabierali ze sobą. Wszyscy oczekiwali na rozwój wydarzeń, nie będąc pewnym czego się można spodziewać po najeźdźcy. Nazistowska machina śmierci dopiero zaczynała działać.






Nikt do końca nie wie, co właściwie wydarzyło się w niedzielę tydzień temu. Plakaty i gazety krzyczały o „bestialskim mordzie” dokonanym przez Polaków na niemieckiej mniejszości. Okupant wykorzystał te domniemane wydarzenia jako pretekst do polowania na ludność cywilną, mówiąc o konieczności zemsty za śmierć rodaków. Organizują uliczne łapanki, w których chwytano osoby znajdujące się w niewłaściwym dla nich miejscu i czasie. Aresztowanych wywożono do koszar na Warszawskiej albo Gdańskiej – teraz już kolejno Karlstrasse i Adolf Hitler Strasse. Czuć w powietrzu, że hitlerowcy nie chcą Bydgoszczy – chcą mieć z powrotem Bromberg.

Jak na ironię, ten wrzesień był wyjątkowo słoneczny i ciepły. Jeszcze kilka tygodni temu przy takiej pogodzie, bulwary nad Brdą zapełnione były amatorami słonecznych i rzecznych kąpieli, ubranych w nieodzowne dla takiej okazji badejki. Teraz mało kto odważyłby się zrobić sobie wczasy.


Ulica Podgórna dzisiaj/ gazeta.pl
Janek wchodził ulicą Podgórną. Sylwetkę miał szczupłą, a wzrostem już dawno przerósł ojca – typowy langus. W domu czekała na niego rodzina - schorowana matka, pięcioletnia siostrzyczka oraz ojciec, który nie wyjdzie do pracy dopóty nie upewni się, że syn wrócił cały i zdrowy. Czekał na syna, mimo że za najmniejsze przewinienie czy spóźnienie mógł teraz tę pracę stracić.

Janek miał tylko nadzieję, że nie natknie się na żadnych szwabów po drodze. Pod pazuchą zachomikował bochenek chleba, który zdobyć było coraz trudniej. Ceny wzrosły kilkukrotnie, na dodatek większość sklepów należała teraz do Niemców, a jego znajomość języka kulała. Znał go tyle, co nauczył go sąsiad, który zginął zresztą kilka dni temu rzekomo zamordowany przez Bydgoszczan. Całe szczęście, że kolonialka na dole przypadła innemu Niemcowi, z którym znał się od dzieciństwa i który nie wierzył w hitlerowską propagandą a Polaków traktował jak braci.

Względny spokój zakłócił hałas otwierającej się bramy kamienicy po drugiej stronie ulicy. Niemcy wyprowadzali nieprzytomnego mężczyznę niosąc go w taki sposób, że gdyby nie sytuacja w ostatnich dniach i umundurowanie „opiekunów” możnaby pomyśleć, że gdzieś tam trwała porządna impreza, a dobrzy koledzy odprowadzają druha do domu. Mimowolnie spojrzał się w kierunku źródła dźwięku. Ten nieznaczny ruch głowy zwrócił uwagę czujnych żołnierzy niemieckich. Jeden z nich wykrzyknął „Halt!” i natychmiastowo podbiegł do Janka.

  • Wohin gehst du? - zapytał surowo
  • Ysz geien cu hałzen cu majne familje. - odrzekł młodzieniec, po chwili zdając sobie sprawę z fatalnego brzmienia tych słów. Nie posiadał w ogóle niemieckiego akcentu i nie był nawet pewien, czy cokolwiek poprawnie odmienił. Niemiec rozwiał jego wątpliwości rzucając go na ziemię. Chleb wypadł Jankowi spod jupki.
  • Woher hast du dieses Brot? Hast du ihn selbst gebackt? - zaśmiał się drwiąco i kopnął go w łydkę swoim wysokim, żołnierskim butem. Podniósł bochenek i schował do torby zwisającej u jego boku. - Steh auf! Hände an den Kopf und geradeaus.

Janek nie zrozumiał wiele z jego wypowiedzi, ale bez problemu domyślił się o co chodzi, a ogromne znaczenie miała tu komunikacja niewerbalna. Wylot pistoletu hitlerowca skierowany był dokładnie między jego gałki oczne. Wstał natychmiastowo, założył ręce na głowę w geście poddania się i szedł tak jak kierowała go zimna lufa na jego plecach.
A kierowała go w kierunku Starego Rynku.


  • Zenon, wychodź już bo się spóźnisz. Nie możesz teraz stracić pracy.
  • Nie wyjdę dopóki Jan nie wróci.
  • Jest już prawie dorosły, poradzi sobie.
  • Poczekam jeszcze chwilę, wypiję aufgus, jak do tego czasu nie przyjdzie to wyjdę.
Mężczyzna około pięćdziesiątki wyszedł z pokoju, i udał się do kuchni znajdującej się z tyłu mieszkania. Wystrój wnętrza był skromny, ale nie ubogi – ścianę podpierała dębowa meblościanka, w oknach wisiały gładkie gardinki, a na podłodze leżał dywan zasłaniający stare, spłowiałe deski. W kuchni natomiast stał stół z czterema krzesłami – po jednym dla każdego członka rodziny – oraz kuchenka gazowa. Zenon postawił na niej garnek z wodą i podpalił.

Usłyszał pukanie do drzwi. Mimo że nikt nie zdążył podejść by otworzyć to ktoś wszedł do środka. Trzy-cztery osoby. W wojskowych butach. Dywan skutecznie tłumił stukot ich cholew, ale mimo to dźwięk pozostawał nader charakterystyczny.
  • Wo ist ihr Mann?
  • Panowie, nie rozumiem was..
  • WO IST IHR MANN?!
  • Nic nie..
  • Sucht die Wohnung ab. Wenn ihr einen Mann finden - verhaft ihn.

Nigdy nie odczuwał potrzeby nauki niemieckiego, bo jego niemieccy sąsiedzi doskonale porozumiewali się po polsku. I w tej chwili zaczął tego żałować – gdyby znał płynnie język wroga mógłby spróbować z nim pertraktować, może nawet udałoby mu się ich przekupić by jego rodzina miała względny spokój. Zdawał sobie sprawę, że nawiązanie walki nie skończyłoby się dla niego dobrze, a mógł też narazić swoją żonę i córkę. Sam przecież walczył przeciwko armii niemieckiej podczas Wielkiej Wojny i wiedział, że takie zachowania są traktowane jako działalność partyzancka. Wyrok zazwyczaj wykonywany jest doraźnie, a karą jest zawsze śmierć. Położył ręce na tył głowy i powoli wyszedł z kuchni. Odezwał się do żony:


  • Spokojnie, kochanie. Panowie zapewne do mnie...
  • Halt den Mund! - wykrzyczał niemiecki oficer. Miał na sobie idealnie skrojony, ciemnozielony mundur. Włosy maźnięte brylantyną delikatnie wystawały spod czapki z gapą, a uwydatnione kości policzkowe i twarz ogolona na gładko sprawiały wrażenie kogoś poważnego, dystyngowanego, co wyraźnie kontrastowało z jadem w jego głosie   – Zenon Bóźwiak, Polnischer Soldaten im Ruhestand?
  • Zenon Bóźwiak, tak to ja. - gestem dłoni wskazał w kierunku klatki piersiowej
Oficer skinął ręką na pozostałych żołnierzy, którzy momentalnie zaprzestali swojej czynności - czyli przeszukiwania i zrzucania wszystkiego z każdej półki w zasięgu wzroku - i natychmiast podeszli do mężczyzny. Złapali go od tyłu i po chwili dosłownie wynieśli z mieszkania. Zenon zdążył jeszcze tylko krzyknąć do żony:
  • Wrócę jak tylko mnie przesłuchają! Jeśli im nie podpadnę to puszczą mnie wolno może już jutro..
Kobieta uwierzyła, przecież jej mąż był już kiedyś w niemieckiej niewoli i wyszedł z niej cały i zdrowy. Zna ich procedury, więc skoro powiedział, że wyjdzie po przesłuchaniu, to na pewno tak się stanie.



Janek nie wiedział co się dzieje. Na Starym Rynku było co najmniej kilkaset osób, ustawionych w rzędach i pilnowanych przez żołnierzy, aby nikt tego placu nie opuścił. Kilku ludzi zostało ustawionych tuż przy Kościele Loyoli. Piękny to był kościół – dwie wysokie wieże stanowiły dominantę w krajobrazie Bydgoszczy i nikt nie wyobrażał sobie aby mogło ich kiedyś zabraknąć. Czyżby Niemcy szykowali jakiś apel do mieszkańców miasta? Tylko po co ciągnęliby go tu siłą, nie lepiej było rozwiesić plakaty? Może potrzebują rąk do pracy, albo będą próbowali kogoś zwerbować do wojska? Zdawało mu się to być całkiem logiczne, szczególnie, że sporą część zakładników stanowili lepiej zbudowani mężczyźni. On, chudy i wysoki, stał w dalszym rzędzie, kilka metrów od kościoła. Ale im dłużej spoglądał na żołnierzy cały czas przywożących nowych ludzi – kobiety, mężczyzn, starszych, młodszych, krępych i chudych – tym bardziej nabierał przeświadczenia, że nie chodzi tu o wybranie zdolnych do pracy, że są to zupełnie losowe osoby. Zupełnie jakby Niemcy chodzili po ulicy, łapali kto im się nawinie i przyprowadzali tutaj.

 

Po chwili jakiś ważny człowiek z Wehrmachtu coś krzyknął i rozległy się strzały. Wśród zgromadzonych rozległ się krzyk. Osoby stojące pod kościołem stoczyły się bezwładnie na ziemię, a między płytami Rynku pociekły strużki krwi. Nie usunięto zwłok. Sytuacja stała się dramatyczna. Żołnierze chodzili wśród zgromadzonych i kazali im na zmianę kłaść się na ziemię, wstawać, stać na baczność, podnosić ręce do góry. Niektórych katowali kolbami od karabinów – bynajmniej nie za nieposłuszeństwo. Nikt nie śmiał im się sprzeciwić w obliczu rozstawionych karabinów maszynowych i leżących w zasięgu wzroku ciał zamordowanych rodaków. Kaźni Polaków przyglądała się jakaś starsza kobieta, która wyszła na balkon nad apteką i od czasu do czasu klaskała w dłonie krzycząc: „Fein! Fein!”. Tortury trwały około godziny, dopóty wybrano następnych kilka osób i ustawiono pod kościołem nowy rządek. Janek starał się przyjrzeć ich twarzom i miał nadzieję, że nie zobaczy nikogo znajomego. Dostrzegł księdza, dwie nieznane mu osoby i mężczyznę w średnim wieku wyglądającego zupełnie jak jego ojciec. W pierwszym momencie pomyślał, że się przewidział, bo do oczu spływała mu z czoła strużką krwi, wywołana kopniakiem poganiającego go by wstał szybciej szkopa, a poza tym ojciec powinien już dawno być w pracy. Przetarł oczy i przyjrzał się raz jeszcze. Nie miał już wątpliwości – to był jego ojciec, cały i całkiem zdrowy, mimo nieco obdrapanej twarzy. Stłumił w sobie chęć krzyknięcia do ojca i oczekiwał na rozwój wydarzeń. Miał nadzieję, że pokaz siły i dawka strachu jaki dali godzinę temu wystarczy okupantowi i wszystkich wypuszczą. Zamknął oczy. Przez myśl mu przebiegło, że sporo osób musiało zrobić to samo, bo zapadła cisza, którą zakłócały jedynie powolne oklaski starszej kobiety. Rozkaz oficera. Przeładowanie broni. Wstrzymał oddech. Kolejny rozkaz. Strzał. Przełknął ślinę i otworzył oczy. Jego ojciec leżał na wznak, przeszyty ogniem morderców, a obok niego dwóch innych Polaków. Ksiądz stał jeszcze przez chwilę. Dostał kulą między żebra, odruchowo spojrzał na ranę i złapał się za nią. Zanim osunął się na ziemię zdołał podeprzeć się ręką o ściany świątyni. Gdy i on padł już martwy na murze pozostał ślad jego zakrwawionej dłoni.



Wieść o śladzie dłoni na murach świątyni rozeszła się wśród mieszkańców miasta równie szybko, co wieść o egzekucjach. W każdej relacji i pogłosce przewijał się wątek krwawej ręki, która z niewiadomych przyczyn nie została zmyta ze ścian kościoła. Szybko pojawiły się głosy, że to znak od Boga i że nadal czuwa On nad polskim narodem. Już niedługo Stary Rynek stał się miejscem pielgrzymek setek polskich mieszkańców miasta – zarówno tych ciekawskich jak i tych szukających otuchy. Wzrost morali wśród Polaków nie był okupantowi na rękę, dlatego zdecydowano się wystawić przy murach świątyni straż, i gdy tylko ktoś zbyt długo spoglądał w jej kierunku – w najlepszym wypadku kończyło się to na żołnierskiej reprymendzie. W miedzyczasie próbowano pozbyć się go na wiele sposobów. Nie dała mu rady ani smoła ani farba – ślad dłoni przebijał przez każdy jej rodzaj. Próbowano ją wykuć, wystrzelać, wyciągać cegły – dłoń jak kalka przebijała na kolejne warstwy. W końcu zdecydowano się rozebrać cały kościół, pozostawiając zachodnią pierzeję rynku pustą i pozbawiając Polaków nawet tej odrobiny nadziei.




Choć w każdej legendzie jest ziarno prawdy, tak w tej jest ich cały wór. Istnieje mnóstwo relacji poświadczających istnienie na murze Muzeum Miejskiego bądź Kościoła Pojezuickiego śladu krwawej ręki, dlatego sam fakt wystąpienia takiego zjawiska można uznać za pewnik. Nie da się jednak jednoznacznie stwierdzić czy zostawił go ksiądz (ani który), czy ktoś inny, ani czy stało się to podczas wykonywania egzekucji, czy też osoba była zakrwawiona w wyniku katowania tuż przed nią. Przyjąłem najpopularniejszą, miejską wersję, że dłoń odcisnęła się na Kościele, gdy jeden z księży tuż po salwie z karabinów próbował oprzeć się na ścianie. Choć dziś mówi się raczej, że dłoń widniała na Muzeum Miejskim, to w świadomości wielu Bydgoszczan zakodował się właśnie  kościół.

Sam kościół z kolei nie został rozebrany z powodu śladu dłoni, jak się kiedyś powszechnie uważało - jego rozbiórka wiązała się z planami przebudowy Starego Miasta na modłę narodowo-socjalistyczną oraz budowy nowego, niemieckiego Ratusza. Razem z kościołem wyburzono całą zachodnią pierzeję, odsłaniając Kolegium Jezuickie. Ostatecznie nie zdążono postawić nic w zamian i plac do dzisiaj stoi pusty.

Postacie Zenona i Janka oraz szczegóły fabularne są całkowicie fikcyjne. Atmosferę panującą w Bydgoszczy, wkraczanie Niemców do mieszkań, oraz sytuację na Starym Rynku starałem się odwzorować na podstawie relacji z Archiwum Historii Mówionej oraz książki W. Trzeciakowskiego "Śmierć w Bydgoszczy", jednak mimo to nie należy traktować tej opowiastki jako relacji historycznej, ale właśnie jako legendę.


7 komentarzy:

  1. Mój wuj został zamordowany w Bydgoszczy we wrześniu 1939,nazywał się Bolesław Kurzyński.W tym roku odnalazłam mogiłę wuja na Wzgórzu Wolności.
    Wzruszająca opowieść, odżyły wspomnienia opowiadań cioć o tym wydarzeniu.To taka rodzinna karta bardzo tragiczna.
    Kilka dni temu byłam w Bydgoszczy, przechodziłam ulica Podgórną.
    Aleksandra Nawrocka

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeglądaj / czytaj materiały o cudzie w Bydgoszczy pod hasłem - The Miracle of Bromberg
    http://trove.nla.gov.au/newspaper/result?q=Bromberg+Miracle&exactPhrase=&anyWords=&notWords=&l-textSearchScope=*ignore*|*ignore*&fromdd=&frommm=&fromyyyy=1939&todd=&tomm=&toyyyy=1950&l-word=*ignore*|*ignore*&sortby=

    OdpowiedzUsuń
  3. O cudzie w Bydgoszczy pod hasłem - The Miracle of Bromberg
    http://trove.nla.gov.au/newspaper/result?q=Bromberg+Miracle&exactPhrase=&anyWords=&notWords=&l-textSearchScope=*ignore*|*ignore*&fromdd=&frommm=&fromyyyy=1939&todd=&tomm=&toyyyy=1950&l-word=*ignore*|*ignore*&sortby=

    http://fordon-historyczna-kopalnia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudów nie był moi drodzy Bydgoszczanie. Bydgoszcz została włączona Rzeszy ze wszystkimi konsekwencjami. Niemcy planowo i konsekwentnie mordowali na całym Pomorzu przede wszystkim inteligencję. Polacy mieli zostać zepchnięci do roli poddanych. To nie była Generalna Gubernia. Za kilka słów po Polsku na ulicy można było słono zapłacić. Jestem zdania, że po Izraelitach przyszłaby kolej na Polaków. Paradoksalnie cudem było "wyzwolenie" przez armię radziecką. Przyszły następne mordy. W moim mieście lista zamordowanych po wojnie jest dwa razy dłuższa. Zresztą napływ do Niemiec w ostatnich miesiącach Syryjczyków jest takim dobrym przykładem wykorzystania taniej siły roboczej przez Niemców. Niestety w wyniku wojny. Niemcy co kilkanaście lat potrzebują zastrzyku świeżej krwi. Należy dodać, że Polska w tej chwili wchłonęła na moje oko milion Ukraińców. Obyśmy to wykorzystali.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znam tą historię od mojej 92letniej babci,która mieszkała wtedy w Bydgoszczy i była świadkiem tych wydarzeń.dłoń księdza rzeczywiście odcisnęła się na kościele.

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam tą historię od mojej 92letniej babci,która mieszkała wtedy w Bydgoszczy i była świadkiem tych wydarzeń.dłoń księdza rzeczywiście odcisnęła się na kościele.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak to prawda znam to z relacji od mojego 92 letniego ojca. Mówił że nawet to widział na własne oczy jak były ślady rąk zamalowywane smarowane smołą a potem wykute ze ściany kościoła.

    OdpowiedzUsuń