sobota, 15 listopada 2014

sobota, 8 listopada 2014

Wśród nocnej ciszy




W poszukiwaniu filmów z Bydgoszczą w tle trafiłem na film Wśród nocnej ciszy. Fakt istnienia obrazu pod tym tytułem był mi znany od kilku lat, bowiem od czasu do czasu bywa grany w ramach różnych spotkań w Bydgoszczy w centrach kulturalnych. Nigdy jednak nie udało mi się dotrzeć na żaden z seansów ani nie kwapiłem się do obejrzenia filmu w domu. W końcu jednak zdecydowałem się zapoznać się z nim. I nie żałuję.



Film oparty jest na powieści Ladislava Fuksa "Śledztwo prowadzi radca Heuman". Akcja ekranizacji toczy się w okresie międzywojennym w niewymienionym z nazwy portowym mieście na Pomorzu. W filmie pojawia się bardzo dużo miejsc kręconych w Bydgoszczy. Błędem byłoby jednak powiedzieć, że akcja filmu toczy się tylko w Bydgoszczy, bowiem już w pierwszych minutach mamy scenę w kościele św. Jakuba w Toruniu. Owe "portowe miasto" jest miastem anonimowym, wypadkową kilku innych polskich miast.



Fabularnie film jest całkiem rozwinięty. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia w mieście dochodzi do tajemniczych morderstw dzieci. Przy każdej z ofiar znajdowana jest zabawka z kotem, co wskazuje na seryjny charakter tych zabójstw. Śledztwo prowadzi komisarz Herman, którego relacje z synem nie są najlepsze; ojciec jest zaborczy i wprowadza w domu surową dyscyplinę, zabrania swojemu synowi przyjaźnić się, wymierza mu kary za najmniejsze przewiniania. Synowi ta sytuacja bardzo nie odpowiada i próbuje zrobić wszystko, by ojciec podał się do dymisji. Mamy tu więc klasyczne śledztwo połączone z wątkiem psychologicznym, rodzinnym, dramatycznym. Więcej fabuły nie będę, by nie odebrać nikomu przyjemności z oglądania filmu. Nie spodziewałem się tak interesującego filmu. Filmu klimatycznego, zimnego i wciągającego, pełnoprawnego kryminału, bardzo niedocenianego. 


Stary Port/Rybi Rynek





Ulica Pod Blankami. W filmie na tej ulicy zlinczowany został człowiek zaczepiający małą dziewczynkę, której chciał pomóc zanieść wodę do domu. Czy mężczyzna faktycznie chciał jej pomóc czy żywił wobec niej inne zamiary - tego film nie wyjaśnia; scena pokazuje napiętą atmosferę w mieście, w którym grasuje seryjny morderca zabijający dzieci, w społeczeństwie wyczulonym na tego rodzaju zachowania.




Wyspa Młyńska; uwagę zwraca kanał ściekowy wypływający z kamienicy wprost do Brdy.






Wśród Nocnej Ciszy
Rok produkcji: 1978
Reżyseria: Tadeusz Chmielewski
Scenariusz: Tadeusz Chmielewski
Na podstawie: "Śledztwo prowadzi radca Heuman", Ladislav Fuks

Obsada:

Jerzy Bończak - Juliusz Stopek
Teresa Lipowska - Helena, żona Wańka
Halina Kowalska - Genowefa Stopkowa
Tomasz Zaliwski - Komisarz Teofil Herman
Piotr Łysak - Wiktor, syn Hermana


Bądź na bieżąco dzięki facebookowi

środa, 5 listopada 2014

Wypadek 1934 roku

W kontekście omawiania szczegółów architektonicznych śródmiejskich kamienic - czy też porównywania zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat ze stanem dzisiejszym - ważna jest znajomość wydarzenia, które miało miejsce 19 stycznia 1934 roku. Tego dnia ze szczytu kamienicy Carla Meinhardta (był on restauratorem, dla którego wzniesiono ten budynek; dzisiaj mieści się tam m.in. siedziba Gazety Wyborczej) spadła figura raniąc trzy osoby. Aby poznać szczegóły należy sięgnąć po przedwojenną prasę; cofnijmy się więc osiemdziesiąt lat wstecz i kilku wydań Kuriera Bydgoskiego z dnia 20 stycznia 1934 roku (pisownia artykułu oryginalna, wraz z literówkami):


"Wstrząsająca katastrofa w Bydgoszczy

Spadająca z wysokości około 20 metrów figura cementowa wraz częścią ściany uderzyła w głowy przechodniów. Ofiarą strasznego zajścia padły 3 osoby.

Krew mrożący w żyłach wypadek wydarzył się w dniu wczorajszym w godzinach przedwieczornych. Miejscem tragicznego zajścia, którego ofiarą padły 3 osoby, był trotuar przed domem nr. 27 przy ulicy Gdańskiej – naprzeciw Placu Wolności.

W czasie największego ruchu ulicznego, około godziny 6-tej przed wieczorem, urwała się nagle część muru, utrzymująca linję architektoniczną budynku, wraz z cementową figurą ornamentacyjną. Cegły spadające wraz z figurą z wysokości około 20 metrów, ugodziły trzech przechodniów, z których dwóch bez przytomności padło na ziemię. Trzecia natomiast ofiara wypadku – pewien mężczyzna, którego nazwiska nie ustalono, wsiadł natychmiast w taksówkę i odjechał w nieznanym kierunku.

Natychmiast przybyła na miejsce karetka pogotowia ratunkowego, przewiozła nieszczęśliwych do szpitala miejskiego, gdzie stwierdzono, iż rannymi są: 25-letni nauczyciel szkoły powszechnej na Jachcicach Jan Kranz, zamieszkały z rodzicami przy ul. Niegolewskiego nr. 8 oraz 18-letnia Irena Mądrowska, córka robotnika Wojciecha Mądrowskiego, zatrudnionego w garbarni Buchholza, zamieszkałego przy ulicy Marszałka Focha nr 24. Mądrowska ostatnio zatrudniona była w charakterze uczennicy w cukierni pana Kucharskiego przy ulicy Długiej. Lekarz na miejscu stwierdził w obu wypadkach złamanie podstawy czaszki. Stan obu nieszczęśliwych ofiar tragicznego zajścia, okazał się już wczoraj beznadziejny.

Kilkanaście minut po tragicznym wypadku, przybyła na miejsce straż pożarna. Przybyli także komisarz Policji Państwowej p. Fąferek, oraz radca budownictwa miejskiego p. Raczkowski. Miejsce katastrofy zabezpieczono. Straż pożarna usunęła pozostałości rwącego się gzymsu.

Sprawozdawca nasz na miejscu stwierdził przyczynę zerwania się części muru wraz z figurą. Na wierzchołku domu do dodatkowej ściany utrzymującej linję architektoniczną, doklejono z mieszaniny cementu i wapna figurę ornamentacyjną. Figura wraz ze ścianą nie stanowiła jednolitej masy. Ściana, do której przymocowana była figura, stanowiła ścianę silnie poddaną pod działania atmosferyczne – tak zw. Ścianę deszczową. Pomiędzy figurą, a ścianą z biegiem lat, na skutek tych działań zewnętrznych utworzyła się szczelina, która w czasie deszczu napełniała się wodą. W dniu wczorajszym naskutek dość silnego podmuchu wiatru, część osłabionej działaniami atmosferycznymi ściany, wraz ze słabo przymocowaną figurą, spadła na głowy przechodniów.

Właściciel domu p. Ostrowski, współwłaściciel fabryki obuwia Behring, ubezpieczony jest od odpowiedzialności cywilnej od spowodowanych wypadków w obrębie swojej nieruchomości. Wypadek spowodowany został wadliwą budową krawędzi, oraz niedozwolonym przymocowaniem do tej ściany – ciężkiej figury cementowej. Jaki jest stopień winy właściciela domu, wykaże śledztwo.

Na miejscu katastrofy zebrały się wczoraj tłumy publiczności. Znacznie zahamowany ruch uliczny, regulowało kilkadziesiąt posterunkowych. Jeszcze w kilka godzin po wypadku nie znano nazwisk nieszczęsnych ofiar zajścia. To też ze wszystkich stron miasta dopytywano się w szpitalu o wygląd i pochodzenie nieszczęśliwych.

W pierwszych godzinach służba szpitalna nazwisko Jana Kranza podała za Jana Kranzego, ponieważ śmiertelnie raniony posiadał przy sobie pocztówkę, pod takie nazwisko zaadresowaną. Około godziny 7,30 wieczorem, stwierdzono nazwisko drugiej ofiary wypadku. Do szpitala miejskiego przybył ojciec Mądrowskiej. W szpitalu rozegrała się wstrząsająca scena. Mądrowski, rozpoznawszy swoją córkę wpadł w wielką rozpacz, nie mającą granic. Niemniej wstrząsająca scena rozegrała się już późnym wieczorem, gdy do szpitala przybyli rodzice Kranza. Dzisiaj w nocy około godziny 3-ciej zmarł, nie odzyskawszy przytomności – Jan Kranz, 16-letnia Irena Mądrowska zmarła dzisiaj o godz. 8 min. 30 rano.

Wczoraj wieczorem około godziny 8-mej przybyła na miejsce wielkiego nieszczęścia Miejska Komisja Budowlana wraz z p. Prezydentem miasta L. Barciszewskim, oraz z p. Starostą Dr. Nowakiem ,i komisarzem p. Fąferkiem. Dzisiaj w godzinach rannych zjawiła się także na miejscu katastrofy komisja sądowo-śledcza z sędzią śledczym Sądu Okręgowego Gertychem i wice-prokuratorem p. Czakiem na czele. Komisja ta ustali, kto jest winnym spowodowania nieszczęśliwego wypadku.

Wieść o strasznej katastrofie przy ulicy Gdańskiej lotem błyskawicy rozeszła się po całem mieście, wywołując przygnębiające wrażenia."


Kamienica na początku XX wieku


Gazeta kontynuowała wątek katastrofy również następnego dnia: 


"Po katastrofie przy ulicy Gdańskiej

Z kół technicznych naszego miasta otrzymujemy następującej treści uwagi:

Katastrofę, która wydarzyła się przy ul. Gdańskiej nazwać można budowlaną, i trudno zaliczyć ją do zwykłych nieszczęśliwych wypadków. Jest ona jedyną tego rodzaju, o bardzo ciężkim charakterze. Zginęło dwoje ludzi. W obecnych czasach, niestety, nerwy nasze na takie zdarzenia są zbytnio przytępione, aby katastrofa taka wywarła na nas większe wrażenie. Inaczej było dawniej. Po takich zdarzeniach, wszystko i wszystkich poruszonoby, aby coś podobnego się nie powtórzyło. Groza takiego wydarzenia wywoływałaby prawdziwą panikę. Jakże w dzisiejszych czasach inaczej. Jeden mniej, jeden więcej wypadek, o to nie chodzi. Bezpieczeństwo publiczne? O tyle, o ile. Ustawy – ustawami, a rzeczywistość – rzeczywistością. Wnioski? Środki zapobiegawcze? Próżne nawoływania, te kosztują! A na to niema pieniędzy. Najważniejsze zaś, że na takie rzeczy przecież niema czasu. Przepisy bezpieczeństwa publicznego stosuje się tam, gdzie niebezpieczeństwa wogóle niema, albo po to, aby komuś życie uprzykrzyć.

Prawo budowlane aż do przesady zajmuje się bezpieczeństwem publicznem, a mimo tego mamy takie katastrofy, jakich dawniej nie znano. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo publiczne, to z wszystkich ustaw i przepisów wynika jasno, że władze do tego ustanowione mają obowiązek o bezpieczeństwo takie dbać i działać tam, gdzie bezpieczeństwa tego niema.

Mimowoli narzuca się pytanie, czy powołane czynniki rzeczywiście po myśli tych przepisów, o takie bezpieczeństwo publiczne dbają? Wobec zachodzących takich wypadków, śmiało powiedzieć można, że nie.

Jaskrawym takim dowodem jest właśnie katastrofa, która się wydarzyła przy ulicy Gdańskiej. Dom pobudowano w roku 1911-ym. Tynk i dekoracje architektoniczne wykonane są z t. zw. Materjału szlachetnego. Roboty fasadowe wykonane zostały jednakowoż nieprawidłowo. Po 23-ch latach fasada została silnie przez wpływy atmosferyczne nadwątlona. Remont tejże winien był zatem dawno nastąpić i to właśnie w interesie bezpieczeństwa publicznego. W takich wypadkach właścicielowi domu trudno przypisać znawstwo, a szczególnie w wypadku, w którym figura dekoracyjna u szczytu przy głównym gzymsie została przez wpływy atmosferyczne t.j. Przez wodę i mróz, czyli lód, od muru odczepiona, skutkiem czego obaliła się na dach, rozbijając się w bryły, a bryły te spadły z 4-piętrowej wysokości na chodnik, zabijając ludzi."

Kilka następnych akapitów pominiemy, bowiem nic one nie wnoszą do naszej sprawy. Bardziej interesujące, wręcz kluczowe, jest za to zakończenie:

W ciągu dnia wczorajszego usunięto pozostałości rwącego się gzymsu na szczycie domu nr. 27 przy ul. Gdańskiej, przed którym wydarzył się straszny wypadek. Miejskie władze budowlane w związku z tragicznym wypadkiem oberwania się ściany wraz z figurą przy ul. Gdańskiej przystąpiły do akcji usunięcia z wszelkich budowli niepotrzebnych gzymsów i figur. W dniu wczorajszym straż pożarna usunęła różne figury z gmachu Teatru Miejskiego i Archiwum Państwowego przy ulicy Dworcowej. Akcja przybierze prawdopodobnie większe rozmiary."

Pogrzeb ofiar odbył się na koszt miasta w niedzielę, 21 stycznia 1934 roku. Kondukt żałobny wyruszył z kostnicy Szpitala Wojskowego przy ulicy Jagiellońskiej na Nowy Cmentarz Farny o godzinie 14:30. Prezydent Barciszewski zaapelował o udział w uroczystościach członków Korporacyj Miejskich."

Skoro jesteśmy już przy pogrzebie, warto wspomnieć jak wyglądał. Jak donosił Kurier Bydgoski - "nieprzeliczone tłumy" zapełniły ulice Jagiellońską oraz Trzeciego Maja już na pół godziny przed rozpoczęciem uroczystości; kondukt żałobny, prowadzony przez księdza kanonika Schulza w asyście księdza Mnichowskiego. Kondukt otwierała dwoma wieńcami żałobnymi młodzież ze szkoły na Jachcicach, w której Jan Kranz był od kilku miesięcy nauczycielem. Tuż za nimi szło grono nauczycielskie oraz straż pożarna z wieńcami ofiarowanymi przez miasto. W pierwszym karawanie niesiono ciało Ireny Mądrowskiej, za którym podążała jej najbliższa rodzina. Za trumną z ciałem Jana szła matka z dwoma ubranymi w mundury wojskowe synami. W dalszych szeregach pozostali członkowie rodziny, Rada Miasta, prezydent Barciszewski oraz tłumy bydgoszczan. 

Zatrzymajmy się na chwilę przy nazwisku wspomnianego księdza Schulza - urodzony w 1884 roku kapłan brał udział w Powstaniu Wielkopolskim (nie walczył; pełnił posługę duszpasterską), a pod koniec 1931 roku otrzymał funkcję proboszcza w parafii pw. św. Marcina i Mikołaja. Po wkroczeniu Wehrmachtu odmówił prawa do ewakuacji i brał czynny udział w działalności Straży Obywatelskiej oraz próbach wynegocjowania humanitarnego traktowania członków tej organizacji przez niemieckiego okupanta. Aresztowany siódmego września, po nieludzkich przesłuchaniach i torturach, zesłany został do obozu koncentracyjnego Dachau (21 września), skąd po pięciu dniach został przeniesiony do Buchenwaldu, gdzie zmarł 31 marca 1940 (lub 17 kwietnia) roku w karnym bunkrze (z głodu bądź uduszone), do którego trafił za wymianę pozdrowień kapłańskich podczas świąt Wielkiejnocy. Podczas pobytu w obozie koncentracyjnym był traktowany w szczególnie okrutny sposób, bowiem był postrzegany przez SS-manów jako osoba współwinna "mordom na Niemcach" - mimo to nie załamał się próbując pocieszać więźniów podczas całego swojego pobytu w obozie. Wiemy o tym z relacji księdza Dymarskiego, współwięźnia. Również jego brat, Władysław, nie przetrwał niemieckiej pożogi - zginął w 1939. Ich los podzielili pozostali dwaj bracia, Kazimierz oraz Bronisław. Z jego rodziny wywodził się też znany żołnierz Armii Krajowej, Aleksander Schulz. 

Nie udało mi się ustalić czy Jan Ostrowski został w jakikolwiek sposób pociągnięty do odpowiedzialności. Z fabryką A. Behring, której Jan był współwłaścicielem, wiąże się jednak kolejna tragiczna historia, o której warto przy okazji wspomnieć. Firma utraciła płynność finansową i ogłosiła bankructwo na początku 1932 roku. Krótko po tym, w nocy z 11 na 12 stycznia tego samego roku, samobójstwo strzałem z rewolweru w skroń popełnił Jan Behring – wspólnik Ostrowskiego. To był ogromny cios dla jego żony, która tuż po powrocie z pogrzebu zażyła znaczne ilości weronalu (dawniej stosowany lek nasenny). Przetransportowana została w stanie "beznadziejnym" do szpitala, gdzie następnego dnia zmarła. W liście pożegnalnym napisała, że bezpośrednią przyczyną targnięcia się na życie była śmierć męża i prosi o zaopiekowanie się ich dzieckiem.

W artykule Kuriera Bydgoskiego powiedziane było o "usunięciu figur z gmachu Teatru Miejskiego". Nie jestem pewien o które konkretnie rzeźby chodziło; te na fasadzie na wysokości drugiej kondygnacji nie widnieją już na zdjęciach z 1927 roku, więc niemożliwym jest by zostały usunięte w 1934 roku; były to rzeźby Goethego i Schillera.


1927 rok

Da się jednak zauważyć, porównując zdjęcia Teatru, że w pewnym momencie zniknęły z jego południowej ściany tympanony. 



Kamienica Meinhardta została przebudowana w latach '40, a także tuż przed przyjazdem Edwarda Gierka w 1974 roku - wtedy usunięto z fasady pozostałe odstające elementy. Figury i dekoracje powróciły dopiero w 2003 roku. 

Na naprędkiej "nagonce" na wystające elementy kamienic ucierpiała także tzw. "kamienica Savoya", która utraciła wtedy swoje wazy:



Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych zdjęć budynku Archiwum sprzed wspomnianą w prasie akcją usuwania "potencjalnie niebezpiecznych" elementów. 


W okresie PRL

Jak kamienica Meinhardta wygląda dzisiaj, po renowacji - nie będę wstawiał zdjęcia. Zachęcam do zobaczenia na własne oczy. A jeśli ktoś będzie miał okazję być w środku – do skorzystania z pięknej, zabytkowej windy.

Źródła:
Kurier Bydgoski, 20.01.1934,
Kurier Bydgoski, 21.01.1934
Kurier Bydgoski, 23.01.1934
Kalendarz Bydgoski 1991
Kalendarz Bydgoski 1997
Dodatek do Orędownika Ostrowskiego i Odolanowskiego, 1932.01.08

Źródła zdjęć:
fotopolska.eu
Kalendarz Bydgoski 1997


Bądź na bieżąco dzięki facebookowi

wtorek, 4 listopada 2014