niedziela, 26 stycznia 2014

Wspomnienia ze stycznia 1945

Rok temu podjąłem próbę zbudowania drzewa genealogicznego swojej rodziny - od tego czasu udało mi się osiągnąć całkiem spory postęp. Na przykład, udało mi się odnaleźć kuzyna mojego dziadka, dzisiaj będącego na emigracji, a mieszkającego kiedyś w Bydgoszczy. Podzielił się ze mną kilkoma wspomnieniami z okresu swojego dzieciństwa - w tym relacją ze stycznia 1945 roku, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Bydgoszczy, czego był świadkiem. Zachęcam do przeczytania.

Oddziały radzieckie na Wełnianym Rynku 1 lutego 1945 roku - diabel_wenecki / skyscrapercity.com


"Styczeń 1945 roku, wszyscy pozamykani w domach, jak dziś pamiętam, mróz był okropny. I nagle wielki hałas na jednym z betonowych pasów ulicy Sandomierskiej z kierunku Łęgnowa, dziadek twierdzi, że to może być ruski czołg. Wychodzimy na zewnątrz i stajemy zszokowani – ruski sołdat pędzi na rowerze który nie ma opon ani łańcucha, są tylko gołe koła, które robią niesamowity hałas po betonie, pędził w rozwianej kufajce z pepeszką na plecach, ruska biba rozpięta, patki mu fruwały jak skrzydła u ptaka i całą podróż zakończył w rowie na ulicy Toruńskiej, nastąpiły strzały z broni maszynowej – tak zemścił się na rowerze, który go wyprowadził do rowu. Dziadek kazał pozamykać drzwi bojąc się wizyty naszych oswobodzicieli. 

To była okropna zima. Pamiętam, jak Mama zabrała mnie na sankach do miasta. Ciała zabitych żołnierzy leżały na ulicach, najwięcej na Toruńskiej w okolicach Babiej Wsi, rozjechane przez radzieckie czołgi. Ciała wyglądały jak zamarznięte deski, trudno było zidentyfikować czy to Rosjanie czy Niemcy.
Tam też spotkała mnie przygoda, moje sanki uderzyły w obudowane piwniczne okno, spadłem z nich wprost pod nogi ruskiego konia – kucyka. Mama zaczęła wołać o pomoc, wyciągnął mnie jakiś ruski sołdat, do dziś pamiętam ciepły oddech tego kucyka. Tych zwierząt było pełno na ulicach, wychudzonych i porzuconych przez Armię Radziecką, Rosjanie też zabijali takie konie dla mięsa, i zawsze zostawało coś dla nas. Babcia miała dużą wannę, w której było takie zamrożone mięso.

Były też wyprawy po inną żywność, na Brdzie przy ulicy Toruńskiej w pobliżu ulicy Sandomierskiej stały barki z załadowanym cukrem. Rosjanie ich pilnowali. Dziadek razem z moim kuzynem zorganizowali wyprawę, dziadek miał wielki drewniany wózek dwukołowy, długi dyszel i dwie pary szelek do ciągnięcia, jego sąsiad też miał udział w tej wyprawie – posiadał bimber. Zakończyło się strzelaniem do ciągnących wózek z workami cukru, ukryliśmy je pod stołem przy oknie, były dziurawe od ruskich kul. My dzieciaki mieliśmy natomiast frajdę, babcia miała schowane w płóciennym worku płatki owsiane, hafefloki jak to nazywała, na rozgrzaną patelnię sypała cukier dodając hafefloki – to były takie nasze cukierki.

Pamiętam też wizytę rosjan z NKWD, w okrągłych czapkach, pytają babcię czy ma bimber, cukier, kartoszki. Był tylko cukier, poszliśmy z babcią za nimi na tyły baraków, a tam stała grupa Ukraińców co służyli w Wehrmachcie. Zima, mróz, a oni rozebrani do płóciennych kaleson na boso, ktoś z Polaków przyniósł ugotowane ziemniaki, Rosjanie kazali postawić ziemniaki i cukier przed jeńcami. Na rozkaz jednego z nich jeńcy rzucili się na to jedzenie, nie jak ludzie, jak dzikie zwierzęta. Rosjanie zbijali swoich jak złapali na włamaniu do sklepów, na kradzieży, zbijali na miejscu. Komenda była na ulicy Marszałka Focha (wtedy Czerwonej Armii), naprzeciw redakcji Kuriera Polskiego.


Po wkroczeniu Ruskich Mama wynajęła mieszkanie przy Nowym Rynku i tam utrwaliły się też pewne momenty – pędzenie bydła zrabowanego w Polsce, myślę że nie tylko w Polsce. Trwało to non stop kilka dni, wychudzone zwierzęta często padały, ruskie dobijali, ładowali na ciężarówki, nocne pijactwo ruskich żołnierzy obładowanych zrabowanymi rzeczami, częste bijatyki, strzelaniny..."

Bądź na bieżąco dzięki facebookowi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz