czwartek, 22 listopada 2012

Wyspa Wisielców


Lato chyliło się ku końcowi. Odlatywały pierwsze bociany, dni stawały się coraz krótsze, a noce chłodniejsze. Jednak ta przywodziła wspomnienia z najlepszych letnich nocy - niebo usłane było tysiącami świecących kropek a sam jego środek przecinał w poprzek obłok gwiazd- Droga Mleczna. Temperatura pozwalała na swobodne jej spędzenie w lekkim odzieniu. Nie inaczej ubrana była owa dama, stojąca teraz nad brzegiem rzeki i wpatrująca się w piegowate niebo. Jej szaty były tak lekkie i zwiewne, że wystarczyłby jeden stanowczy ruch silnej męskiej ręki, by je z niej zedrzeć. Nie przeszkadzało jej to, wręcz przeciwnie – była to kolejna zalety tej ciepłej, letniej nocy. Wszak wybierała się właśnie na spotkanie ze swoim ukochanym. Musieli spotykać się potajemnie, ona była córką znanego bydgoskiego szlachcica, a on tylko ubogim flisakiem. Ojciec nie aprobował tego związku, a dla niej ta noc była tym romantyczniejsza, że będą się mogli kochać w świetle gwiazd, gdzieś na wyspie i żaden chłód nocy nie spowije ich rozgrzanych zmysłów.

Gdy poprzednim razem się spotkali, chłopak dał jej klepsydrę. Nie było go stać na jej kupno, więc wykonał ją własnoręcznie – wziął piasek z dna Brdy i nasypał do wyrobionych przez znajomego szklarza niewielkich szklanych baniek. Całość oprawił w drewnianą ramkę i wypalił na niej inicjały: „J.S. y M.”. Powiedział dziewczynie, że będzie na nią czekał na wyspie w dziesięć obrotów klepsydry po zachodzie słońca. Minęło już dziewięć. Dziewczyna obróciła klepsydrę i wpatrywała się nadal w niebo. Czekała tak cierpliwie, a przy tym widok gwiazd tak ją pochłonął, że nie zauważyła gdy klepsydra już się przesypała.

Tymczasem chłopak od dawna był już na wyspie. Chciał zrobić na niej wygodną polankę dla ich dwojga, więc cały wieczór poświęcił na wycinaniu krzaków, wyrywaniu chwastów i przeganianiu różnego rodzaju robactwa. Dawno już skończył, a dziewczyna dawno się nie pojawiała. Wiedział ile mniej więcej czasu zajmuje dziesięć obrotów klepsydry – przecież sam ją wykonał – i wiedział, że ten czas już dawno minął.

Aby dostać się na wyspę trzeba było przepłynąć wpław kilka metrów – młody flisak umiejętność pływania miał we krwi, ale nie przyszło mu do głowy, że córka szlachcica może nie umieć pływać. Zdał sobie z tego sprawę dopiero tej nocy. Miał nadzieję, że powodem spóźnienia jego lubej jest nocne niebo, które olśniewszy ją swym pięknem sprawiło, że nie zauważyła gdy klepsydra zaliczyła dziesiąty obrót. Lepszą wizją od tej, która zaczęła mu powoli zatruwać serce, była nawet perspektywa złapania panny przez ojca podczas próby ucieczki z domu. Dopłynął szybko do brzegu i zaczął jej szukać, licząc, że jeszcze się tu nie pojawiła bądź nadal gdzieś tu jest. Rozpaczliwe poszukiwania trwały do bladego świtu. Przetrząsnął każdy krzak, zajrzał na każde drzewo, spoglądał w każdą dziurę, do której mogła wpaść – nigdzie jej nie było. Znalazł tylko klepsydrę, którą jej podarował. Cały piasek spoczywał w dolnej bańce.

Kilka dni później trzeba było spławić Brdą kolejny transport rzeczny, który na Brdyujściu miał zostać przekazany innym flisakom, mającym płynąć z nim aż do Gdańska. Obiecał sobie, że gdy tylko skończy pracę uda się do domu swojej ukochanej by dowiedzieć się czy jest cała i zdrowa, nawet jeśli groziło to fizyczną konfrontacją z jej zaborczym ojcem.

Gdzieś w połowie drogi jeden z jego kolegów powiedział mimochodem, że tego lata jest wyjątkowo dużo topielców i właśnie minęli kolejnego. Chłopak poderwał się i spojrzał za łódkę – toń wodna unosiła ciało młodej dziewczyny o blond włosach, w prostych ale gustownych szatach. Widać było, że nie jest to jakaś chłopka, ale kobieta z wyższych sfer. Ku zaskoczeniu wszystkich wskoczył do rzeki i popłynął w jej kierunku. Mocno ją chwycił i już wiedział. Tak delikatne i powabne ciało miała tylko jego oblubienica. Wypłynął z nią na brzeg i teraz mógł spojrzeć na jej twarz. Oczy, niegdyś tak głębokie i pełne gorącego uczucia, teraz były puste, zimne i zamglone. Buzia, najpiękniejsza jaką w życiu widział, zapadnięta i blada. Niezmienne pozostały tylko jej słomiane włosy, choć nieco potargane. Zatopił w nich swoją twarz, a ciało dziewczyny przytulił mocno do swojej piersi. Już nie czuł galopującego rytmu jej serca na swojej klatce. Nie czuł ciepłego, niespokojnego oddechu na swojej szyi. Czuł chłód i bezwład jej martwego ciała. Wiedział, że to on jest temu winien.

Wiedział też, że musi oddać ciało rodzinie. Zaniósł ją do jej rodzinnego domu, gdzie czekał na nią rozwścieczony ojciec. Gdy flisak wszedł z jej ciałem do domu, a ojciec zobaczył co się stało z jego córką, nie pozwolił mu już wyjść z domu i rozkazał schwytać resztę flisaków. Wiedział, że jego córka miała romans z flisakiem, ale nie wierzył, żeby ten miał tyle odwagi by ją zmarłą osobiście dostarczyć do domu. Pomyślał więc, że będzie lepiej jeśli złapie wszystkich flisaków – któryś z nich na pewno będzie tym draniem, przez którego Julka już nie żyła.

Tydzień później mieszczanie i inni mieszkańcy grodu oraz okolic zgromadzili się nad brzegiem Brdy. W spokojnym mieście nie działo się nic ciekawego, a to był dość niecodzienny widok, dlatego zawsze wszędzie przychodzili gdy tylko usłyszeli o czymś od sąsiada. Wszyscy spoglądali w milczeniu na bydgoską wyspę. U jej brzegu zacumowana była tratwa. Płonęła złocistym blaskiem. Zza jej płomieni wyłaniało się sześć postaci. Oświetlone były złocistą łuną i spowite gęstym dymem. To sześcioro flisaków płacących cenę życia za niepoprawną miłość jednego z nich. Byli tak spokojni, jak tylko może być spokojnych ktoś martwy. Ciała powoli okręcały się na linach w rytm wiatru, co sprawiało wrażenie jakby tańczyli swój ostatni taniec.

Józef, bo tak miał na imię ojciec zmarłej, spoglądał na to wszystko. Zdawał sobie sprawę z niewinności pięciorga z nich, ale nie miało to dla niego znaczenia. Oskarżył wszystkich o kradzież i wykorzystując swoją pozycję namówił sędziego do skazania ich na śmierć. Tylko w ten sposób mógł pomścić swoją córeczkę. Nikt po nich nie płakał, a gdy tratwa zaczęła przygasać, wszyscy powrócili do swoich zajęć. Ciał nigdy nie zdjęto – mieli wisieć tam do końca świata i być przestrogą dla wszystkich pływających po rzece. Dziś wyspa nosi miano Wyspy Wisielców i żadna tratwa więcej do niej nie zacumowała.


1 komentarz:

  1. łał...piękna legenda i tragiczna zarazem.
    Kiedy jako nastolatka trenowałam kajakarstwo,wiele razy podczas treningów pływaliśmy "dookoła wyspy"...zawsze budziła niezrozumiały lęk.mimo tego,że mieliśmy jako dzieciaki różne zwariowane pomysły,nikt nigdy nie zdecydował się,żeby podpłynąć do wyspy i zobaczyć co na niej jest...

    OdpowiedzUsuń